„Mr Madonna” – czyli obiecujący, młody reżyser pożarty przez kobietę-monstrum

Jeżeli musiałbym wskazać najzdolniejszego młodego reżysera, który fenomenalnie wręcz rozpoczął swoją karierę po to tylko, aby zmarnować talent i stać się jednym z najgorszych reżyserów świata, to bez wahania odpowiedziałbym: Guy Richie! Jego dwa pierwsze filmy to błyskotliwe, zabawne, świetnie zagrane i wyreżyserowane kino gangsterskie. Dwa kolejne to gnioty nie z tej ziemi, których oglądanie nie poleciłbym nawet najgorszemu wrogowi. Ale po kolei.

Jest rok 1998. W USA Steven Spielberg święci triumfy swoim „Szeregowcem Ryanem”, w Niemczech Tom Tykwer kręci swój obiecujący debiut „Biegnij Lola, biegnij”, w Danii Lars von Trier „Idiotami” kolejny raz porusza wrażliwość widzów, a w Japonii Hideo Nakata straszy kasetą wideo w „Ringu”. Dokładnie w tym samym czasie na Wyspach Brytyjskich debiutuje nasz bohater.

„Lock, stock and two smoking barrels” (polski tytuł – „Porachunki”) wchodzi na ekrany angielskich kin i od razu odnosi oszałamiający sukces. Energetyczna gangsterska historia przenosi nas w świat drobnych złodziejaszków, dealerów narkotyków, bossów, ochroniarzy, hazardzistów, właścicieli klubów, drobnych cwaniaczków i dużych cwaniaków. Grupka przyjaciół postanawia ograć w pokera miejscowego mafiosa. Ich plan okazuje się jednak niewypałem, mało tego – mają do zapłacenia olbrzymi dług, a jeśli go nie uregulują, czekają ich srogie konsekwencje (łącznie z utratą kilku przydatnych części ciała). Tak w skrócie wygląda fabuła tego zaskakująco świeżego filmu. Mający właściwie wszystkie cechy dzieła kultowego film Richiego jest błyskotliwą odpowiedzią na „Pulp Fiction”. Nie na darmo krytycy okrzyknęli Richiego „brytyjskim Tarantino”. Zachwytom nie było końca. „Porachunki” otrzymały kilka prestiżowych nagród, a Richie z dnia na dzień stał się bardzo sławny i bardzo bogaty. Na swój kolejny film dostał kilkakrotnie większy budżet i Brada Pitta.

„Snatch” (polski tytuł – „Przekręt”) to drugi film Richiego i drugi wielki sukces. Właściwie reżyser nic nowego nie wymyślił. Ponownie umieścił akcję w gangsterskim półświatku Londynu i ponownie wplątał swoich bohaterów w nie lada kłopoty. Wszystko kolejny raz doprawił dużą dawką humoru, szybkim montażem i musującą muzyką. Znów zatrudnił tych samych aktorów (Jason Statcham po „Przekręcie” stał się wziętym gwiazdorem kina akcji). Tym razem do czołówki doszedł jednak prawdziwy gwiazdor – Brad Pitt. I pokazał ogromną klasę. Właściwie zdominował cały film jako wytatuowany od stóp do głów, sepleniący Cygan-bokser, który powala wszystkich swoich przeciwników jednym ciosem.

Po sukcesie „Przekrętu” Richie staje się ulubieńcem salonów i pism plotkarskich. Zaczyna ubierać się u znanych projektantów, pozować do zdjęć i chadzać na snobistyczne przyjęcia dla elitki. Na jednym z nich poznaje (ku swej artystycznej zgubie) Madonnę. Popularna piosenkarka rozkochuje w sobie naszego biednego reżysera. Po kilku miesiącach znajomości biorą ślub. Madonna znana ze swych sekciarskich skłonności przekabaca Richiego na Kabbalah Centre. Zmiana wiary (a w zasadzie bezwarunkowe poddanie się sekcie) i małżeństwo z megagwiazdą pop wpływa na Richiego-reżysera absolutnie destrukcyjnie. Prasa momentalnie wyczuła wpływ Madonny i ochrzciła Richiego hańbiącą ksywą „Mr Madonna”. Reżyser nie przejmując się tym za bardzo postanowi do obsady swojego kolejnego filmu zaprosić… żonę.

Beznadzieja! Sentymentalny bełkot! Artystyczna porażka! – oto głosy krytyków filmowych. Po premierze „Swept Away” („Rejs w nieznane”) nawet najwięksi fani reżysera kręcili nosem. Richie nakręcił źle zagraną (w roli głównej nikt inny tylko pozbawiona talentu aktorskiego Madonna), źle opowiedzianą i mocno irytującą komedię romantyczną. Film otrzymał kilka Złotych Malin, a Richie bijąc się w pierś obiecał, że to koniec jego artystycznej współpracy z żoną i że następny film będzie wart grzechu.

„Rewolver” – ponoć miał to być wielki powrót do gangsterskiego kina, które przyniosło Richiemu sławę. Za produkcję wziął się Luc Besson, a w głównej roli ponownie wystąpił jeden z jego ulubionych aktorów – Jason Statham. Tym razem angielski reżyser postanowił zrezygnować z luzacko-komediowego tonu i opowiedzieć tę historię „na poważnie”.

Główny bohater wychodzi z więzienia i szuka uniwersalnej formuły, która pomoże mu wykiwać wielkiego i groźnego mafiosa (Ray Liotta). W międzyczasie dostajemy kilka ciekawie zainscenizowanych scen akcji, kabalistyczną pseudo filozofię i mnóstwo gadania. Wpływ fanatycznie oddanej sekcie Madonny jest tu aż nadto widoczny. Na pozór ciekawa gangsterska historia jest fatalnie przeładowana bełkotliwą filozofią, z której tak na dobrą sprawę nic nie wynika. Bohaterowie pierniczą od rzeczy, między kolejne części filmu wklepywane są ogólnikowe pseudo mądrości w stylu „Gra się po to, aby wygrać”, a całość kompletnie nie trzyma się kupy. Z ekranu wieje więc nudą, a kilka przyjemnych scen nie ratuje tego przegadanego, mającego nadmiar ambicji bełkotu. Powiedzieć, że „Rewolver” został chłodno przyjęty przez krytykę, byłoby eufemizmem. Ten film został przez nią wręcz zmiażdżony! W życiu nie czytałem jeszcze tak negatywnych opinii. Jeden z amerykańskich recenzentów („Time”) powiedział, że „Rewolver” jest absolutnie najgorszym filmem, jaki widział w życiu! W kinach oczywiście spektakularna klapa.

Załamany Richie postanowił zrezygnować z kina na jakiś czas i oddać się życiu rodzinnemu. Wraz z Madonną adoptują kolejne afrykańskie sieroty (co jest obecnie największym krzykiem mody wśród amerykańskich gwiazd) i wywalają grube miliony na kolejny „kościół” Kabbalah Centre. Może to i lepiej. Jeżeli ma kręcić kolejne „Rewolvery”, to niech już lepiej siedzi w domu i wspiera groźną sektę.

Paweł Jaroszyński

O podobnej tematyce