Krzysztof Kieślowski – czołowy metafizyk ekranu
Na koniec prezentowanego tu cyklu o reżyserach postanowiłem napisać co nieco o jakimś polskim twórcy. Długo zastanawiałem się kogo wybrać. Chodził mi po głowie Andrzej Wajda (w końcu odebrał Oscara za całokształt twórczości), Andrzej Żuławski (to chyba najbardziej niepokorny i zbuntowany artysta, a ja mam do takich słabość), Roman Polański (to z kolei najbardziej znany i ceniony z polskich reżyserów) oraz Krzysztof Kieślowski. Po długich namysłach wybrałem tego ostatniego. A uczyniłem to z co najmniej kilku ważnych powodów.
Po pierwsze dlatego, że Kieślowski był (moim zdaniem) największym humanistą wśród tego zaszczytnego grona. W swoich filmach w sposób absolutnie mistrzowski potrafił portretować banalną, szarą codzienność i łączyć ją z metafizyką. Interesował go człowiek i jego relacje z Bogiem, drugim człowiekiem, samym sobą, przeciwnościami losu. Po drugie twórca „Dekalogu” zyskał międzynarodową sławę. Otrzymał zaszczytny tytuł „czołowego metafizyka ekranu”, a sam Quentin Tarantino ponoć klęknął przed nim i powiedział: „Jesteś moim mistrzem”. I wreszcie po trzecie dlatego, że Kieślowski był niezwykle skromnym i opanowanym człowiekiem. Nie wywoływał skandali, nie gwałcił 13-latek (tak jak Polański), nie narkotyzował się, nie upijał, ani nie romansował z megagwiazdami ekranu (Żuławski). Miał tylko jedną żonę i wytrwał przy niej aż do śmierci. Imponował spokojem i inteligencją. Po zyskaniu międzynarodowej sławy postanowił wycofać się z pracy artystycznej. Zmarł na serce w 1996 roku.
Za jego debiut fabularny zrealizowany dla telewizji uważa się „Personel”; wcześniej kręcił filmy dokumentalne. W kinie zadebiutował „Blizną” – dramatem społecznym o wydarzeniach z 1970 roku. Głównym bohaterem tego filmu jest Bednarz (świetny Krzysztof Pieczka) – dyrektor budowy, która budzi sprzeciw okolicznych mieszkańców. Podczas dramatycznych wydarzeń z 70 roku postawiony przed trudnym wyborem staje on po stronie robotników. „Blizna” to obraz może nie wybitny, ale jest za to świetnie zagrany i porusza ważny problem – dramat dokonywania ważnych wyborów. Problem wyboru niejednokrotnie będzie się powtarzał w jego późniejszej twórczości.
Kolejny obraz Kieślowskiego to już arcydzieło na skalę międzynarodową. Jeden z nielicznych naprawdę wielkich-małych filmów, który w istocie jest uniwersalną przypowieścią. „Amator” – sztandarowy przykład „kina moralnego niepokoju”, doceniony na wielu europejskich festiwalach. Film mądry, dający do myślenia, pozwalający na mnogość interpretacji, a równocześnie zadziwiająco wyrazisty. Opowiada on historię Filipa Mosza (powalająco szczery Jerzy Stuhr) – młodego mężczyzny, który dopiero co został ojcem. Filip pracuje w zakładzie przemysłowym jako zaopatrzeniowiec. Kupuje amatorską kamerę, aby uwiecznić pierwsze dni swojej córeczki. Wieść o tym obiega całe przedsiębiorstwo. Pewnego dnia Filip otrzymuje propozycję nakręcenia krótkiego filmu z okazji pięciolecia istnienia firmy. Mosz tworzy kilkuminutową etiudę, która odnosi sukces na jednym z festiwali. Od tego momentu Filip całkowicie oddaje się swojej nowej pasji, która w konsekwencji okaże się mieć zgubny wpływ na jego życie osobiste.
„Amator” to obraz o odpowiedzialności. To film o odkrywaniu swego powołania i równocześnie przejmujący zapis rozpadu rodziny. Filip znajduje sens życia w kręceniu filmów, ale równocześnie traci to, co do tej pory było dla niego najważniejsze. Jego żona nie potrafi pogodzić się z tym, że sztuka nagle staje się czymś równorzędnym, a może i ważniejszym od niej. „Amator” to film o cenie, którą płacimy za podążanie w stronę naszych marzeń. Kieślowski mówi, że zawsze musimy coś oddać, gdy chcemy coś uzyskać. Nie ma nic za darmo. Żyjemy w świecie, w którym sztuka wyboru jest umiejętnością, jaką każdy człowiek powinien mieć opanowaną, aby w miarę sprawnie funkcjonować.
Po „Amatorze” Kieślowski kręci dwa krótkie metraże („Dworzec”, „Gadające głowy”) i jeden dokument („Krótki dzień pracy”). Potem nadchodzi pora na kolejną wybitną fabułę. „Przypadek” – w tym filmie reżyser zaproponował trzy zupełnie inne wersje tej samej historii. Główny bohater – Witek Długosz (młody Bogusław Linda przed przemianą w spsiałego macho-twardziela) jest studentem medycyny, który biegnie, aby zdążyć na pociąg do Warszawy. W pierwszym wariancie zdąża, wskakuje do pociągu w ostatniej chwili, tam poznaje działacza komunistycznego, który wciąga go w orbitę władzy. W drugim potrąca na peronie sokistę, pociąg mu ucieka, zostaje ukarany i dołącza się do opozycji. W trzecim zaś spotyka na peronie swoją dawną miłość, żeni się z nią, kończy studia i zostaje całkowicie apolitycznym lekarzem. Trzy zupełnie różne scenariusze opowiadające o losach tego samego człowieka.
Kieślowski zwraca tu uwagę, jak wiele w naszym życiu zależy od czystego przypadku. Jak z pozoru nic nie znaczące wybory mogą determinować nasz los. Ta przerażająca przypadkowość sprowadza nasze życie do absurdu, bowiem absurdalne jest, że los Witka zależy tylko i wyłącznie od tego, czy zdąży on wskoczyć do pociągu. Ta przerażająca przypadkowość jest tematem wielu, niekiedy wybitnych, współczesnych filmów („Biegnij Lola, biegnij”, „Nieodwracalne”, „Słoń”), ale to Kieślowski w „Przypadku” nadał temu tematowi znaczenie metafizyczne. Być może chciał tym filmem pokazać, jak mógłby wyglądać świat bez Boga? A może po prostu chciał zwrócić uwagę, jak ważne bywa niekiedy to czy wskoczymy do pędzącego pociągu?
Kolejny obraz reżysera to dramat polityczny pt. „Bez końca”. W tym filmie reżyser zwraca uwagę na niejednoznaczność wyborów, których musieli dokonywać obywatele PRL-u. Zostać konformistą i bezpiecznie przetrwać czy być wiernym swoim ideałom i narażać nie tylko siebie, ale i własną rodzinę? Ten film dotyka aktualne do dziś spory o to kto był, a kto nie był bohaterem tamtych czasów. Świetna rola Artura Barcisia, którego Kieślowski zaprosił do współpracy przy swoim następnym arcydziele – kultowym cyklu „Dekalog”.
Najpierw jednak nakręcił „Krótki film o zabijaniu” – wstrząsający zapis mordu na taksówkarzu i równie wstrząsający zapis wykonania kary śmierci na młodym mordercy. Choć jestem zwolennikiem kary śmierci, to muszę jednak przyznać, że film Kieślowskiego robi piorunujące wrażenie i zmusza do ponownego przemyślenia tego problemu. Reżyser nie usprawiedliwia sprawcy, koszmarna scena morderstwa jest długa, bezlitosna i ciągnie się w nieskończoność, jednak nie mniej przerażająca jest scena egzekucji, świetnie odegrana przez młodziutkiego Mirosława Bakę. Mocny, mroczny i porażający film, wielokrotnie nagradzany. Wychwalany przez krytykę i przez widownię. Kieślowski zachęcony jego sukcesem zgodził się na wyreżyserowanie dziesięcioodcinkowego serialu zatytułowanego „Dekalog”.
Ten niezwykły cykl jest swoistym hołdem, który Kieślowski złożył Bogu. Jest modlitwą, próbą rozmowy z Bogiem poprzez sztukę filmową. „Dekalog” to także ewangelia, nauka, przestroga i kazanie. Każdy odcinek uzmysławia nam, jak ważne są przykazania w naszym codziennym życiu, jak trudno odseparować się od Boga, jak trudno żyć bez Niego. I wszystko opowiedziane jest bez przynudzania, niebanalnie i bez zbędnego dydaktyzmu. To doprawdy niezwykła sztuka, aby opowiadać o tych sprawach i nie ocierać się ani trochę o kicz, banał, przerysowanie. Ciężki temat nie przerósł Kieślowskiego, który wraz z współscenarzystą Krzysztofem Piesiewiczem nakręcił ten cykl w sposób subtelny, głęboki, a równocześnie natchniony. Piękną muzyką doprawił wszystko Zbigniew Preisner (ulubiony kompozytor Kieślowskiego).
W każdym odcinku pojawia się tajemnicza, milcząca postać grana przez Artura Barcisia (Norka z „Miodowych lat”, jakby ktoś nie wiedział). Można tą postać interpretować na kilka sposobów. Może być ona Bogiem (spoglądającym z boku i cierpiącym z człowiekiem), może być swoistym fatum (każdy kto ją zobaczy, kończy nienajlepiej), może też symbolizować obojętność. Zapewne znalazłoby się jeszcze kilka możliwości, mi najbardziej odpowiadają te. Piszę o tej postaci dlatego, że wydaje mi się ona bardzo ważna. Chociaż każdy odcinek jest w zasadzie odrębną całością, jednak Norek pozwala nam na wysunięcie wniosków podsumowujących całą serię.
Kończę już o „Dekalogu”, wypada mi już tylko stwierdzić, że cykl ten to bezdyskusyjne arcydzieło, które każdy szanujący się kinoman winien zobaczyć.
Kolejna fabuła Kieślowskiego to „Podwójne życie Weroniki”. Scenariusz kolejny raz powstał przy współpracy z Krzysztofem Piesiewiczem. Warto także zaznaczyć, że muzykę do tego filmu kolejny raz napisał dla Kieślowskiego wybitny kompozytor Zbigniew Preisner, a zdjęcia zrobił (późniejszy laureat Oscara za „Helikoptera w ogniu”) Sławomir Idziak.
„Podwójne życie Weroniki” to opowieść o dwóch identycznych kobietach, urodzonych w tym samym czasie, noszących takie samo imię, mających takie same artystyczne zainteresowania i takie same problemy zdrowotne, lecz mieszkających w różnych krajach (Polska i Francja). Kiedy jedna z nich umiera, druga odczuwa dziwną pustkę. Czuje duchowy związek ze swą zmarłą „siostrą” i uczy się niejako na jej błędach. Postanawia zrezygnować ze śpiewu na rzecz miłości. Kieślowski kreśli w tym filmie obraz ponurego społeczeństwa ludzi samotnych, duchowo samowystarczalnych, odrzucających uczucie. Jedynie śmierć potrafi wyrwać ich z tego duchowego marazmu. Jedna Weronika umiera, aby druga mogła narodzić się na nowo. I to jest właśnie optymistyczne przesłanie tego filmu. Kieślowski zdaje się mówić, że śmierć to nie koniec, tak naprawdę umieramy po to, aby się odrodzić. Kolejny poruszający i głęboko metafizyczny obraz reżysera.
Następny cykl duetu Kieślowski-Piesiewicz to trylogia „Trzy kolory”. Bardzo doceniony (m.in. nominacja do Oscara za scenariusz i reżyserię „Czerwonego”), kultowy wręcz cykl, którego kolejne odcinki odpowiadają trzem kolorom francuskiej flagi: „Niebieski”, „Biały” i „Czerwony”. Wolność, równość, braterstwo – trzy hasła Rewolucji Francuskiej, motywy przewodnie „Trzech kolorów”.
Każdy z odcinków opowiada inną historię. „Niebieski” jest o godzeniu się ze stratą bliskiej osoby, o uwalnianiu się od wspomnień o tej osobie, o próbie ułożenia życia na nowo. „Biały” opowiada historię Polaka (fenomenalna rola Zbigniewa Zamachowskiego), który ożenił się z Francuską i zamieszkał w obcym kraju. Młoda kobieta stwierdza jednak, że nie zaspokaja on jej oczekiwań i rzuca go zabierając mu wszystko. Mężczyzna postanawia się zemścić. „Czerwony” zaś to opowieść o młodej modelce (dojrzała rola młodziutkiej Irene Jacob). Dziewczyna przez zupełny przypadek zaprzyjaźnia się z emerytowanym sędzią, którego ulubionym zajęciem jest szpiegowanie sąsiadów.
Ten głęboko humanistyczny cykl w istocie opowiada historie ludzi samotnych, zagubionych, odtrąconych. W zasadzie w każdym odcinku bohaterowie poszukują bliskości, bez której nie potrafią funkcjonować. Kieślowski zdaje się tłumaczyć nam, że nie możemy istnieć bez uczuć, że współczesne wzorce odhumanizowanego, zimnego, wielkomiejskiego społeczeństwa nie wytrzymują w starciu z jednostkowymi przypadkami. To bardzo ważne, humanistyczne przesłanie zaserwował nam reżyser na koniec swojej kariery, bowiem trylogia „Trzy kolory” to ostatnia rzecz, jaką nakręcił.
Paweł Jaroszyński